Nie czuję się na siłach, by pisać cokolwiek. Owe cokolwiek, to zazwyczaj stosy kłębiących się myśli, które z biegiem czasu nawarstwiają się w gęstwinach świadomości, tworząc jeszcze większe stosy i jeszcze większe nawarstwienia, aż w końcu znajdują ujście w krzyku frustracji, gniewu, furii, czy też sennych koszmarach, które nie dają żadnej ulgi ani pocieszenia.
Podobno miłość to stan umysłu – zaślepia mnie zawsze do tego stopnia, że wkładam majtki na lewą stronę, nie potrafię dobrać paska do butów i ogólnie mam w nosie co minister spraw zagranicznych sądzi o nowoczesnych środkach handlu w europie wschodniej. Zwyczajnie mnie to wali.
Nie potrzebuję jedzenia, snu, nie potrzebuję niczego, gdyż moje fizjologiczne potrzeby zaspokajane są nadmiernymi kilogramami endorfiny, które bezwiednie wytwarzam. Zaczynam nawet popełniać błędy ortograficzne, ale nie interesuje mnie to, gdyż mój stan umysłu(patrz wyżej) nie pozwala mi na prawidłową ocenę swoich postępków i zbrodni wobec ludzkości. W moim domniemaniu błędy ortograficzne to właśnie zbrodnia wobec ludzkości – muszę się na nie natykać i doprowadzają one do skrajnej nerwicy, napadów epileptyczno-histerycznych, utraty włosów poprzez wyrywanie – co w konsekwencji prowadzi do rozstroju mojego stanu zdrowia fizyczno-psychicznego powyżej siedmiu dni. Ale nie o tym mowa.
Łatwo zaobserwować, jak nasze uczucia wpływają na sposób postrzegania świata i ludzi. Dla jednego człowieka potrafimy czasem zbratać się z wrogiem, czy umieścić przyjaciół na czarnej liście. Dla jednego człowieka przewracamy świat do góry nogami, wydajemy wszystkie pieniądze lekką ręką, budujemy swoje nowe życie na zgliszczach starego z dziecięcą radością… Przez jednego człowieka odbieramy sobie życie, zabijamy, kradniemy, czynimy niewyobrażalne zło – którego nie widzimy. Czy to ma sens? Dla nas ogromny, ale nikt inny poza nami tego nie widzi – bo to nasza mała, prywatna psychoza. Co najśmieszniejsze – nikt nie musi tego rozumieć. I nie zrozumie, dopóki ktoś nie stanie w jego progu i powie: ‘Hej, to ja, a teraz dla mnie ześwirowałeś’.
Ześwirowałam i wcale nie czuję się z tym dobrze. Wręcz przeciwnie. Zaczynam się czuć coraz dziwniej, coraz bardziej zagrożona przez swoją własną głowę, czuję że zapędy autodestrukcyjne to nic w imię dobra i szczęścia tej osoby. Ludzie, którzy czują mocniej, bardziej, za bardzo, za dużo – często tego doświadczają i nie potrafią sobie z tym poradzić. To takie smutne. Myślę, podkreślam, myślę, że jeszcze sobie z tym radzę, ale głęboko zastanawia mnie to, kiedy oślepnę, ogłuchnę i stanę się kukiełką w rękach własnych uczuć. Wy też czasem to czujecie. Powiedzcie, że to czujecie, bo zaraz zwariuję jeśli się okaże, że ja jedna taka jestem na świecie, a przynajmniej w tym kraju.
Uczucia to bardzo silne uzależnienie – takie, którego świadomości człowiek nie zdobywa, czyli najważniejszego i jedynego światełka w leczeniu, a co za tym idzie, lekarstwa nie ma, gdyż to choroba umysłu, a nie ciała. Jacy bywamy głupi, bezmyślni, idiotycznie altruistyczni i tak banalnie nielogiczni w swoich poczynaniach pod wpływem uczuć.
Ale myślę że i tak kochamy ten stan. Niech się dzieje co chce, to nadaje nam sens i choć prawda o tym zjawisku jest dość brutalna, kryje się w nim niezaprzeczalne piękno, fascynacja i paralizujący zło czar. I tego się trzymajmy. Uczucia budują psychozę, ale trzymają nas przy życiu, gdyż permanentne funkcjonowanie w świecie absolutnej realności doprowadziłoby nas do wielu ponadczasowych chorób, jak samotność, gniew i pustka. A tego nie życzymy nikomu.